Archiwa miesięczne: Kwiecień 2013

Nie od razu Kraków roześmiano czyli jak trafiłem do Teleexpresu

Piotr Bielski i Andrzej Wiekiera wraz z uczestnikami akcji śmiechu na krakowskim Rynku.

Piotr Bielski i Andrzej Wiekiera wraz z uczestnikami akcji śmiechu na krakowskim Rynku.

Wiem, że ten świat nie powstał, żeby było tak, jak wyobrażam sobie, że powinno być. Wiem, że jestem promotorem idei, która jak na polskie warunki, jest świeża i rewolucyjna, być może jej czas przyjdzie dopiero za 20 czy 50 lat. Wiem, że w każdym działaniu, które zmierza do wprowadzenia czegoś nowego cierpliwość i pokora są najlepszymi towarzyszkami.  Wiem, że ścieżka serca polega na tym by działać z pasją dla samej radości robienia tego co robię, nie skupiając się na profitach. Wiem, że jestem na początku długiej drogi i codziennie mogę zrobić coś więcej by wykonywać jeszcze lepiej moją pracę i jeszcze skuteczniej ją promować. Wiem o tym wszystkim i dlatego łatwo jest mi mówić o trudnościach, a nawet się z nich śmiać. Podchodzę do mojej misji i pracy odpowiedzialnie, ale też pamiętam by nie traktować jej zbyt poważnie, bo w końcu chodzi w niej o śmiech.

Dlatego mogę Ci opowiedzieć historię światowego dnia śmiechu w Krakowie i jeśli wzbudzi Twój śmiech, widać, że na coś się zdała. W niedzielę miała być ładna pogoda i wraz z moim kolegą, który również prowadzi sesje śmiechu, Andrzejem  Wiekierą, planowaliśmy prawdziwe święto śmiechu. Ale od rana trochę padało, wiało i było smętnie, ludzie przemykali po Rynku ze zdalnie włączonym przyciskiem „sleep” odmierzającym minuty dzielące ich od zniknięcia z widoku publicznego. Do tego jeszcze pół Krakowa biegło w maratonie i nie miała czasu na śmiech. Ale spodziewałem się, że na nasze wydarzenia przyjdą ludzie, w końcu trochę ludzi mnie lajkuje na facebooku, Andrzej prowadzi społeczność „Joga śmiechu Kraków”, na której ma ponad 200 duszyczek, a lokalna Gazeta Wyborcza opublikowała zapowiedź imprezy z wywiadem ze mną. Wiem, że jest maj i ludzie uciekają z miasta, ale bez przesady: to drugie największe miasto w Polsce.

Wybraliśmy się w południe do Parku Jordana, trawa była mokra, ale już nie padało. Przepraszam, czy Pan na jogę śmiechu, czy może Pani? Nie. W końcu znaleźliśmy się z Karoliną, która specjalnie dla nas przyjechała i jak się okazało, uczy śpiewu. Zaczęliśmy więc praktykę, a wkrótce dołączyło do nas 2 dziennikarzy radiowych.  Pod koniec praktyki dołączył do nas jeszcze Paweł, student medycyny i  poszliśmy na trening w studiu tańca.

ganeshSpodziewałem się, że tam będzie więcej ludzi, bo piękne sale z parkietem, miejsce z klimatem, dłuższa praktyka i w środku się nie zmoknie. Ale znów niespodzianka. Przyszła tylko jedna moja koleżanka – Olga, z która znamy się od czasu studiów. Mimo niskiej frekwencji, przeprowadziliśmy sesje, ćwiczenia trwają trochę krócej w mniejszej grupie, ale jest za to okazja by lepiej poznać się. Plan był taki, że zaproponujemy tym kilkunastu osobom, które tak jak przed dwoma tygodniami przyjdą na nasz trening wyjście na Rynek i tam nasza grupa będzie rosnąć w siłę, przyciągając kolejne osoby aż cały Rynek będzie się śmiał. Do tego jeszcze kilkoro znajomych zapewniało, że na pewno będzie. „Jest tak mało ludzi do tej pory, bo wszyscy pewnie wybrali flash mob jako najciekawszy” – mówiłem Andrzejowi gdy drałowaliśmy Szpitalną.

bangalore chlopiec na rowerze

Ale czekała nas kolejna niespodzianka…o 15 pod Wieżą Ratuszową nie było naprawdę nikogo. Siedziały jakieś osoby, które podpytywałem, czy może wezmą udział, ale odmawiali, najczęściej po angielsku. W końcu udało mi się na chwilę namówić dwie gimnazjalistki, ubrane na czarno , w glanach z makijażem w stylu emo. „Śmiać się, bez jointa?” –zapytały. Powiedziałem, żeby spróbowały choć przez chwilę, a w razie czego mogą odejść i wybrać alternatywny program popołudniowy. Po dwóch ćwiczeniach zawstydziły się i uciekły. Postanowiłem jeszcze spróbować. Pojawiła się jakaś miła para w skórach z naszywkami i przypinkami w stylu hard rock-metal. „Ja się dużo śmieję i nie potrzebuję żadnej jogi” – odpowiedział mi chłopak. „To pokaż nam chwilę, jak się śmiejesz” -rzuciłem. Może trochę z litości, a trochę z ciekawości dołączyli. I potem jeszcze doszła jeszcze miła pani, którą tak cieszyło to co robimy, że chciała pstrykać cały czas zdjęcia komórką. Bałem się, że tymi pstryknięciami wypłoszy nam świeżo namówioną parkę, która tak się wahała . Ale nie wypłoszyła, a nagle inna para – znajomi naszych znajomych w skórach odnalazła ich i dała się wciągnąć. I wtedy przyszedł Teleekspres i zaczął kręcić i za półtorej godziny Maciej Orłoś tłumaczył milionom telewidzów czym się różni joga śmiechu od sportu (minuta 7,40, wydanie 28.4.2013) .

I tak dzielę się tą opowieścią z Tobą by powiedzieć Ci, że  warto robić to co się kocha, pomimo wszystko i tylko dlatego. Jestem wdzięczny dziennikarzom za zainteresowanie, ale trochę się martwię, że do takich działań jak joga śmiechu łatwiej przyciągnąć media niż zwykłych ludzi. Być może śmiejąc się bez powodu, jesteśmy kosmitami, każdy chce zrobić nam zdjęcie, ale trudno ludziom o przekroczenie tej bariery, którą chciałbym zlikwidować między sobą a nimi, między nami a nami. I jeszcze jeden wniosek, najważniejszy – jestem bardzo wdzięczny za przybycie Karolinie, Pawłowi, Oldze i tym kilku znajomym z Rynku, którzy wytrwali z nami kilka minut. Widzicie jak ważna jest dla mnie każda osoba i naprawdę przychodząc czynicie wielką różnicę. Jeśli chcecie, żeby przetrwali w tym śnieżno-deszczowym kraju pozytywni szaleńcy, którzy przypominają o znaczeniu bezwarunkowego śmiechu, przychodźcie na sesje śmiechu. Bo jak mówi smutna dziewczynka na bilbordzie, „jutro może mnie nie będzie”, hi, hi, ha, ha, ha (i tak przez 15 minut).

pierwsze zdjęcie z rynku nadesłane przez Wojtka z Sosnowca, reszta fot. PB, Bangalore 2013

Reklamy

Światowy Dzień Śmiechu

World Laughter Day  LOGO POLISH

Światowy dzień śmiechu jest od 2000 roku obchodzony w pierwszą niedzielę maja każdego roku. Jako, że w Polsce śmiechu szczególnie brakuje obchody rozciągniemy na cały maj. W tym roku 5 maja odbędą się celebracje w ponad 70 krajach na całym świecie. Dzień ten ogłosił indyjski doktor medycyny Madan Kataria, który zapoczątkował globalny ruch jogi śmiechu w  1995 wraz z 4 pierwszymi członkami klubu śmiechu w Bombaju. Misją jogi śmiechu jest niesienie dobrego zdrowia, radości i pokoju na świecie poprzez promowanie korzyści płynących z bezwarunkowego śmiechu. Od wieków wszyscy wiemy, że śmiech jest najlepszym lekarstwem, ale zostawialiśmy śmiech przypadkowi. Joga śmiechu proponuje zestawy prostych ćwiczeń, które pozwalają ludziom w każdym wieku śmiać się niezależnie od warunków zewnętrznych. Niedawno Zgromadzenie Ogólne ONZ podjęło rezolucję zapraszając państwa członkowskie do uwzględniania szczęścia i dobrostanu jako ważnego celu polityki. Jogą śmiechu zabrała się już za osiąganie tych celów nie czekając na działania polityków.

Oto przesłanie doktora Katarii z okazji światowego Dnia Śmiechu „Jesteśmy otoczeni morzem negatywności, przemocy, klęsk żywiołowych, globalnego ocieplenia, kryzysów gospodarczych  i innych stresujących zjawisk. W tej sytuacji  jest wielkim wyzwaniem, aby utrzymać pozytywny stan umysłu. Zaśmiejmy się więc wszyscy razem w ten wyjątkowy dzień, podnosząc nasze ręce i wysyłając pozytywne wibracje miłości i pokoju, aby cały świat poczuł się jak jedna rodzina”

SONY DSC

Światowy Dzień Śmiechu w Krakowie:

Piątek 26 kwietnia

16:30-17:30 – Joga śmiechu na festiwalu PAKA. CK Rotunda, Oleandry 1, prowadzi Andrzej Wiekiera (facebook.com/LaughterYoga.Cracow ). Informacje o wydarzeniu tutaj

Sobota 27 kwietnia

16.00-17.15 Zajęcia jogi śmiechu – Kontakt Przestrzeń Ruchu i Tańca, Szpitalna 40, (wstęp wolny, zbieramy jedynie dobrowolne wpłaty na lokal i rozwój jogi śmiechu) – prowadzenie Piotr Bielski

Niedziela 28 kwietnia

12.15-13.00 Prezentacja jogi śmiechu w Parku Jordana (określ jakiś punkt specyficzny) –  – prowadzenie Piotr Bielski i Andrzej Wiekiera

13.30-14.45 Zajęcia jogi śmiechu – Kontakt Przestrzeń Ruchu i Tańca, Szpitalna 40, (wstęp wolny, zbieramy jedynie dobrowolne wpłaty na lokal i rozwój jogi śmiechu) – – prowadzenie Piotr Bielski (www.joginsmiechu.wordpress.com ) i Andrzej Wiekiera (facebook.com/LaughterYoga.Cracow )

15:00 – Specjalny śmiechowy flash mob na Rynku przy wieży Ratuszowej

Światowy Dzień Śmiechu w Warszawie

Niedziela 5 maja

godzina 18:00-19.00 – bezpłatne praktyka jogi śmiechu na Polach Mokotowskich przy największym stawie, połączona z marszem śmiechu wokół parku

Światowy Dzień Śmiechu w Łodzi

Poniedziałek 6 maja

godzina 17:30 -18:15  bezpłatne spotkanie z jogą śmiechu w Parku Sienkiewicza przy fontannie, połączone z marszem śmiechu na Pasaż Schillera

Poniedziałek 6 maja 2013

Godzina 18:30-19:15

 „Przez Indie ze śmiechem” . Spotkanie z Piotrem Bielski, podróżnikiem, dziennikarzem, trenerem jogi śmiechu, Białym Gawronem.

Miejsce: STOWARZYSZENIE M.I.A.U., ul. Piotrkowska 122,

Nie zawsze dużo się śmiałem. Z dość poważnego dziecka przerodziłem się w całkiem poważnego dorosłego, skończyłem dwa kierunki studiów i spinałem się mocno by odsiedzieć swoje przy biurku. Mimo to, stale towarzyszyło mi przekonanie, że  życie może być dużo bardziej lekkie i radosne. Przez lata zajmowałem się poszukiwaniem sensu życia, aż pewnego dnia uznałem, że wystarczy mi by żyć w jak najbardziej pełny sposób, dzieląc się radością i miłością z innymi. Doświadczeniem, które zmieniło moje życie była podróż do Indii, gdzie jako pierwszy Polak skończyłem kurs nauczycielski jogi śmiechu  prowadzony przez twórcę tej metody – doktora Madana Katarię. Teraz propaguję tę metodę w Polsce, chcąc aby nasz kraj dołączył do czołówki najbardziej roześmianych państw świata. Opowiem Wam o treningu jogi śmiechu w Bangalore i wizytach w klubach śmiechu w Bangalore, Bombaju. Chętnie pokażę Wam jak spontanicznie rozkręciłem sesję jogi śmiechu w indyjskiej szkole i przedszkolu, a także jak trafiłem do najbardziej niezwykłej świątyni przy torach kolejowych w Bombaju. Mam wrażenie, że śmiech jest naturalnym darem Hindusów dla świata, co potwierdzają liczne zdjęcia mężczyzn, którzy prosili mnie bym sfotografował ich i zabrał ich uśmiech do Polski. W drugiej części spotkania zaproszę Was do praktyki jogi śmiechu. Informacje o mojej podróży można znaleźć na  blogu: www.joginsmiechu.wordpress.com

Wstęp wolny, przyjmujemy dobrowolne donacje na lokal i rozwój jogi śmiechu.

Poniedziałek 6 maja 2013

Godzina 19:15-21:00

Miejsce: STOWARZYSZENIE  M.I.A.U., ul. Piotrkowska 122,

„Jestem szczęśliwy, bo się śmieję”. Warsztat jogi śmiechu.

Warsztat to idealna propozycja dla osób zainteresowanych bliższym poznaniem jogi śmiechu.  Zachęcamy zarówno osoby chcące  po prostu odstresować się, nabrać energii dzięki praktyce nowoczesnej formy jogi lub spędzić wieczór w radosnym towarzystwie, jak i trenerów, terapeutów, nauczycieli, chcących poszerzyć swój warsztat o oryginalne ćwiczenia integrujące grupę i relaksujące. Sesja śmiechu będzie trwała około godziny, a program warsztatu wzbogacą ćwiczenia oddechowe czerpiące ze starożytnej tradycji jogi, tańce, gry zespołowe, a całość zakończymy relaksacją według uwspółcześnionej przez doktora Katarię techniki jogi nidry (jogi świadomego snu). Będzie też więcej przestrzeni na dzielenie się odczuciami, komentarze teoretyczne i przekazywanie doświadczenia trenerskiego, a nawet okazje by w grupie wymyślać nowe ćwiczenia jogi śmiechu.

Koszt: proponujemy opłatę 25 zł za udział w warsztacie. Jeśli bardzo chcesz wziąć udział w warsztacie, a finanse ci to uniemożliwiają, napisz, poszukamy rozwiązania.

Warsztat ma ograniczoną liczbę miejsc. Prosimy o wcześniejsze zgłoszenia na adres: piotr.bielski(malpka)gmail.com   lub tel 607473322

Jestem smutny, więc się śmieję.

bangalore chlopakiMinął już miesiąc od mojego powrotu z Indii, przeprowadziłem od tego czasu już ponad 20 sesji jogi śmiechu w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu, bez ściemy jeden z najlepszych kawałków życia. Czasem przychodziło 20 osób, a czasem 3 osoby, zawsze się śmialiśmy, choć czasem gdzieś pojawiał się drobny opór, z którym wydaje mi się, że sobie nieźle radziłem. Cały czas jestem entuzjastycznie nastawiony do tego, co robię i uważam, że to niesłychany dar móc prowadzić misję śmiechu, ale jak każdy człowiek miewam dołki. Nagle pojawia się dużo pracy organizacyjnej, rozbudowa strony, mailing, telefony, planowanie by jakoś w Polsce godnie uczcić światowy dzień śmiechu, który przypada już 5 maja. Wszystko to przywiązuje mnie do koła pragnień i oczekiwań, prowadząc do frustracji, a to nie umiem obsługiwać strony tak jak bym chciał, a to mam tylko 3 osoby na facebooku na wydarzenie, a nawet tam gdzie jest 7 to nie jestem pewien 3… Do znajomych chyba nie będę dzwonił, to rzadko działa, zresztą rzadko kto ma czas, a poza tym jak nie przychodzą to pewnie mają mnie dość z moim śmiechem. Siedzę więc sobie smutny przed laptopem, wciągam się tak w tę grę w napędzanie bańki śmiechu aż tak, że zapominam o śmiechu. Szczęśliwie niemal codziennie prowadzę sesje, więc będę mógł pośmiać się w pracy, hi,hi, ha, ha, ha. Czasem pracując włączam sobie mój ulubiony film z dr Kataria o tym jak się śmiać bezgłośnie w domu. Mimo, że sam prowadzę ćwiczenia ze śmiania się ze stanu swojego konta, jak zaglądam na moje, jest mi zupełnie nie do śmiechu, ale zaczynam klaskać w rytm „hi, hi, ha ha ha” i potem już płynie. Lubię działać w zespole ludzi i takie samotne planowanie i organizowanie czasem czyni mnie smutnym, prędzej czy później wszelkie indywidualne próby rozwijania czegoś w moim życiu kończyły się poczuciem bezsilności i porzuceniem. Powiedziałem sobie, że tym razem będzie inaczej. Jakby spojrzeć, to nie jestem zupełnie sam, ludzie pytają się, pomagają, tylko ja sam biorę na siebie cała odpowiedzialność. Czy muszę tak naprawdę? Czy może chcę, bo coś mi to daje? Sam przecież nie lubię, jak ludzie mówią, że muszą, uciekając od odpowiedzialności za swoje decyzje.

rikszarzeIdzie mi dobrze, ale oczywiście nie tak jakby mogło, bo na pierwsze zajęcia niemal wszędzie przychodzi więcej osób niż na drugie, wiadomo nowe, ciekawe, a potem zostają wytrwali jogini. Moi znajomi od śmiechu mówili mi, że przepis na Polskę to organizować zajęcia jogi śmiechu w miarę rzadko, bo wtedy ludzie wpadają, a na regularne śmianie już kilku próbowało się porwać i wszyscy się przejechali (hi hi ha ha ha!). Próbuję to zmienić i śmieję się z tego, że może kijem zawracam Wisłę, może takie ćwiczenie stworzę z ruchem kija? (ha ha ha!). Ale ja to czuję, kocham, więc będę to robił, niezależnie od zewnętrznych parametrów. Tak szczerze to jestem smutny, bo czuję się w tym momencie sam z ciężarem wprowadzania w Polsce śmiechu… i zaczynam się śmiać. Tym bardziej będę się śmiał, gdy jestem smutny! Śmieję się i przypominam sobie, jak moja koleżanka Ania powiedziała mi, że nie jest przekonana do jogi śmiechu, bo „sam doktor Kataria na filmach ma takie smutne oczy”. Cóż, jeśli mu smutno i się śmieje, tym większy mam szacun dla niego. W każdym razie gdy miałem już taki lekki nawrót depresek, że to nie pójdzie tak łatwo, że w Polsce to się nie przyjmie, bo tylu ludzi próbowało coś z tym krajem zrobić... spotkałem przypadkiem znajomą, która była tydzień wcześniej na mojej sesji. Zaczęliśmy śmiać się już od powitania, a potem Michalina powiedziała mi, że od tamtej sesji praktykuje jogę śmiechu codziennie. Oto jej opowieść, która pozwoliła mispisać bym się podzielił z Wami:

„Kiedy jadę samochodem i czekam na czerwonym świetle, od razu przypominam sobie „ha, ha, ha!”, zaraz za tym idzie śmiech, naturalny, mój. Jestem pod wrażeniem, że po jednych zajęciach, gdzie to „ha ha” wydawało mi się takie absurdalne, aż tyle się zmieniło. „Ha, ha, ha!” okazało się dla mnie takim włącznikiem, pyk, i zaczynam się śmiać „ha, ha, ha!” To mnie otworzyło, żeby się śmiać z codziennych rzeczy takich drobnych porażek, wykipi mleko, coś się przypali, uciekł mi autobus, robię „ha, ha, ha!” i śmiech sam płynie. Dla mnie nie była to taka łatwa sprawa by na zajęciach śmiać się sama z siebie. Pomogła mi cała grupa, ćwiczenie ze śmianiem się do telefonu komórkowego, to było niesamowite, nie tylko ja, ale cała grupa zaczęła się śmiać głośniej, intensywniej. Ciągle nie mogę uwierzyć, że to takie proste”.

Szkoda czasu na myślenie, hi, hi, ha, ha, ha!

Joga śmiechu czyli życie bez lęku?

trening nauczycielski jogi śmiechu w Bangalore

trening nauczycielski jogi śmiechu w Bangalore

Zanim zacząłem się zajmować jogą śmiechu na poważnie (ha ha ha!), z ogromnym zaangażowaniem prowadziłem bloga „Życie bez lęku”. Pisałem często wprost o problemach, jakie stawiało przede mną życie, czując, że jeśli nazwę po imieniu pewne sytuacje i lęki, staną się mniej groźne. Pisanie pozwalało mi zdobyć większą świadomość siebie i tego, co czuję, a dzieląc się z innymi moimi doświadczeniami i uczuciami, często przekonywałem się, że tak naprawdę jestem bardzo podobny do innych ludzi, bo często czujemy to samo. Gdy widziałem tekst na ekranie komputera, często przychodziło błogie uczucie lekkości, że trudna emocja żyje już swoim życiem w wierszu, opowieści, ale już nie we mnie. W pisaniu bloga znajdywałem misję, chciałem swoim przykładem zachęcić ludzi do kochania siebie i dzielenia się sobą takim jakimi są z innymi bez oceniania, a także do świadomego poczucia swoich lęków, przyjrzenia się im tak by, o ile to możliwe, ostatecznie je rozmontować. Teraz mocno zaangażowałem się w jogę śmiechu, więc przeznaczam mniej czasu na pisanie, ale nadrzędna misja mojego życia pozostała ta sam. Dalej lubię pisać i chciałbym prowadzić warsztaty pisania twórczego i jednocześnie też szczerego, z serca, uzdrawiającego, być może nawet połączonego z jogą śmiechu, bo są to bliskie sobie dziedziny. Wspólną cechą pisania i jogi śmiechu może być twórcza zabawa w rozbijanie lęków. By to pokazać chcę Wam opowiedzieć o tym jak delikatnie i bez wielkich słów, rozprawiamy się z lękami w jodze śmiechu.

Stajemy w grupie w kręgu i po wprowadzeniu, przywitaniach i lżejszych, zabawnych i ugruntowujących ćwiczeniach, a czasem nawet grupowych grach, przechodzimy do „poważniejszych” ćwiczeń. Nie zawsze wszystkie je stosuję, bo cenię sobie własną nieprzewidywalność, a poza tym czasem uznaję, że z głębią nie można przesadzać czyli nie wszędzie i niekoniecznie od razu. Wśród ćwiczeń pokonujących lęki jest śmiech w trakcie kłótni. Wygrażamy sobie palcami, jednocześnie śmiejąc się, co dla mnie jest dowodem świadomości przejściowej natury wszystkich sporów. Potem się musimy pogodzić, bo to jednak joga, więc jeśli czuję gotowość grupy,  przechodzimy do wspólnego uścisku. Praktykujemy śmiech z wyciągniętymi kieszeniami, w sytuacji, gdy nie mamy pieniędzy. Śmiejemy się do miejsc, które nas aktualnie bolą, pokazując je palcem grupie. Ostatnio zacząłem ćwiczyć z grupami śmianie się ze śmierci, mam bowiem poczucie, że jest to najsilniejszy z wszystkich lęków społecznych i jeśli nie zabiorę się za niego, to będzie dalej istnieć żyzne podłoże dla nowych lęków i lęczków. Dr Kataria zapewniał mnie, że to ćwiczenie jest tylko pozornie smutne i groźne, w praktyce jest niezwykle wyzwalające.

Autror z doktorem Madanem Katarią i jego żoną Madhuri oraz  Daisy w ich mieszkaniu w Bangalore.

Autor z doktorem Madanem Katarią i jego żoną Madhuri oraz Daisy w ich mieszkaniu w Bangalore.

Zdarzyło mi się już, że ktoś mi podziękował za to ćwiczenie, a niektóre grupy płynnie przechodzą ze mną ze śmiania się ze śmierci do śmiania się z wygranej w totolotka. Czasem zaś uznaję, że warto zatrzymać się chwilę dłużej nad tym ćwiczeniem i rozmawiamy o naszych odczuciach. Po cichu, sam się cieszę że pracując z różnymi grupami mogę coraz głośniej śmiać się z perspektywy własnej śmierci, która ciagle jest najgłębszym z moich lęków.

Joga śmiechu łagodnie zmienia percepcję świata. Nasz umysł uczy się kojarzenia bodźców z reakcjami, co zauważyli już dawno behawioryści. Ja w tej chwili śmieje się gdy zobaczę miarkę (centymetr), bo setki razy praktykowałem już ćwiczenie o wdzięcznej nazwie „jeden metr śmiechu” i ten rekwizyt przypomina mi o śmiechu. Podobnie coraz częściej zaczynam śmiać się gdy mam w ręku telefon komórkowy, gdyż praktykuję często z uczestnikami moich zajęć śmianie się przez telefon. Najlepsze jest to, że im dłużej praktykuję jogę śmiechu, tym częściej absolutnie naturalny śmiech pojawia mi się w różnych błahych lub potencjalnie trudnych sytuacjach życiowych. I nie czuję, żebym się stawał sztuczny, naprawdę czuję się dużo lepiej rozgoszczony w sobie (ha ha ha!). Czuję, że śmianie się z perspektywy bólu i śmierci, sprawi, że z większą odwagą, bezpośredniością i komfortem mogę o tym myśleć i rozmawiać.

Joga śmiechu powoduje zmiany w zachowaniu ciała, które ubiegają reakcje umysłu. Spotykam czasem pojedyncze osoby na moich zajęciach, które nie do końca się przekonały do jogi śmiechu. Boją się utraty „swej naturalności”, która najczęściej, wybaczcie, że to powiem wprost, jest zwykłym smutkiem, który kiedyś się do nich przylepił, kultywowaną z nabożnością wewnętrzną melancholią, jeśli nie depresją. Objawy depresji łatwo można zauważyć w ciele, wystarczy poobserwować, jak się poruszają takie osoby, jakim głosem mówią. Dlatego, jeśli osoba, która zmaga się z depresją, mimo oporów umysłu, potrafi wykonać znaczący krok w stronę uzdrowienia, przyprowadzając swoje ciało na sesję jogi śmiechu, to na sesji jej ciało samo  sobie poradzi. Gdy zaczniemy udawać radosną osobę, śmiejąc się, taką osobą się staniemy i nie za sprawą aktorstwa czy cynizmu, lecz wytrwałości w praktyce intencjonalnego rozbudzania wewnętrznego ducha śmiechu. Na tym polega magia jogi śmiechu. Ważne by podejść do tej praktyki z otwartym sercem, unikając niepotrzebnego cynizmu, przesadnie teatralnych reakcji i bagażu nadmiernych oczekiwań. Dobrze jest śmiać się nawet cicho i łagodnie, tak jak nam pozwala na ten moment stan ducha plus może jeden stopień więcej.

Depresja czy wszelki dłużej utrzymujący się smutek to trzymanie się na siłę starego i hamowanie zmiany, wstrzymywanie czegoś, co chce, a może nawet musi nastąpić, lecz umysł nie chce na to pozwolić. Joga śmiechu wprowadzając więcej świeżego powietrza do płuc pozwala przewietrzyć ciało i dotlenić umysł, dzięki czemu zyskujemy energię, która może ułatwić przyjęcie tej zmiany. Uważam, że nasz potencjał do stawania się takimi, jakimi w głębi serca chcemy być jest olbrzymi, a  bycie w smutku nie jest wcale wyrazem naszego „naturalnego”, stałego ja, tylko zwykłym przejściowym stanem, na dodatek stanem, który nam nie służy, cieniem, który zaciemnia światło, jakie tli się w naszym wnętrzu.

Na sesjach jogi śmiechu, śmiejąc się z lęków przed chorobą, śmiercią, brakiem pieniędzy i tym, co  ludzie o nas pomyślą, nabieramy wewnętrznej mocy i łatwiej jest nam zmierzyć się ze zmianami, jakie pukają do drzwi. Nie musimy dużo mówić o tych zmianach, właściwie nie musimy nic mówić, a całą robotę wykonują nasze ciała. Choć zachowuję umiar w przekazywaniu duchowych treści na zajęciach, coraz wyraźnie czuję, że śmiech może być drogą do pełni życia wynikającej z poczucia bycia ponad wszelkimi codziennymi smuteczkami i niby-koniecznościami. Jak chcecie możecie nazwać to „oświeceniem” , „samorealizacją” lub jakoś odpowiednio po swojemu na przykład w chrześcijańskich kategoriach. Miałem kiedyś przyjemność uczestniczyć w tygodniowym seminarium XIV Dalajlamy i najlepiej z wykładów zapamiętałem śmiech Jego Świętobliwości, który mu towarzyszył, gdy stwierdził, że nie odpowie na jakieś skomplikowane pytanie o reinkarnację i zarządzi przerwę na lunch, gdyż już 51% jego uwagi jest w żołądku. Uczestniczyłem w wykładach różnych nauczycieli duchowych i często pozostawał we mnie ich piękny, niekiedy wręcz szalony, śmiech. Mam swoją prywatną teorię, że Chrystus na pewno też się dużo śmiał, tylko zapomnieliśmy o tym, bo być może w czasach Ewangelistów nie było jeszcze emotikonów. By jakoś sprowadzić te rozważania na ziemię, wspomnę, że regularna praktyka jogi śmiechu sprawia, że możemy oswoić pewne pozornie trudne sytuacje i gdy faktycznie przyjdą, możemy śmiechem rozpuścić ich grozę. Hi hi ha ha ha!

To naprawdę jest joga!

SONY DSCCzasami słyszę pytania, czy joga śmiechu to naprawdę joga? Czy przedrostek „joga” został dodany jedynie dla żartu, picu lub marketingu? Moja odpowiedź jest prosta: tak to jest rodzaj nowoczesnej jogi, praktyka, która została stworzona przez indyjskiego lekarza medycyny dr Madana Katarię i jego małżonkę Madhuri, nauczycielkę hatha jogi. Po pierwsze, w jodze śmiechu czerpiemy z liczącej 4 tysiące lat mądrości ćwiczeń oddechowych jogi, tzw, pranajamy. Na koniec sesji prowadzę ćwiczenia oddechowe i relaks inspirowany leżącą pozycją jogi tzw. śawasaną.   W ramach jogi śmiechu tak jak w innych praktykach jogi pobudzamy przepływ energii życia, tak zwanej prany, gdyż dużo pracujemy z oddechem. Śmiech na wydechu pozwala też dotlenić organizm i pozwolić nam pełniej korzystać z płuc (normalne oddychanie wypełnia jedynie 25% powierzchni płuc).

Na głębszym poziomie  joga śmiechu odwołuje się do sanskryckiego znaczenia źródła słowa „yuj” (judż), które dało początek terminowi „joga”. Jak każde sanskryckie słowo „judż” również ma wiele znaczeń, ale często wskazują one na integrowanie wszystkich aspektów naszego życia, harmonizowanie ciała, umysłu, duszy, ale też i jednostki ze społeczeństwem. Świetnie ujął to dr Kataria, pisząc, że „celem jogi śmiechu jest łączenie ludzi między sobą z poziomu serca bez osądzania się, co stanowi prawdziwe znaczenie jogi”.  Pokora nakazuje mi powstrzymanie się od orzekania, co jest jogą, a co nie. Mogę jednak wspomnieć, że kilkoro nauczycieli jogi , jakich poznałem w Indiach podkreślało, że to znacznie szersza koncepcja niż same ćwiczenia fizyczne, tzw, asany  hatha jogi. Często spotykałem się z opinią, że dużo ważniejsza od asan jest pranajama czyli odpowiednie „jogiczne” oddychanie, a także cała filozofia życia (tzw jama i nijama) wśród których są bardzo bliskie mi zasady takie jak na przykład ahimsa czyli powstrzymanie się od stosowania przemocy.

SONY DSC

Niektórych niepokoić może nie wystarczająco duży komponent jogi w jodze śmiechu, innym zaś może przeszkadzać indyjski rodowód jogi śmiechu. Miałem ostatnio taką sytuację w pociągu, gdy zaproponowałem 7 osobom, z którymi dzieliłem przedział w relacji Warszawa – Kraków kilka minut wspólnej praktyki. Tak się złożyło, że 3 panie odmówiły udziału w praktyce, tłumacząc, iż są katoliczkami i w związku z tym unikają jogi. Gdy zapytałem o konkretne powody, jedna z nich powiedziała mi, że ” joga może otworzyć serce w nieodpowiednim kierunku”. Moim celem jest łączenie ludzi we wspólnym śmiechu, więc nie chcę rozpętywać walk światopoglądowych, choć faktycznie chciałbym by nasze serca były bardziej otwarte. Szczęśliwie, joga śmiechu jest praktyką niekognitywną czyli nie wymaga humoru ani zdolności poznawczych by się śmiać, omijamy umysł szeroką obwodnicą. Moje podejście w kwestii wiara a joga jest proste: szanuję każdy światopogląd i nie traktuję jogi śmiechu jako religii, tylko praktyki dla zdrowia i radosnego życia. Uważam, że w naszej kulturze nie ma „chrześcijańskiej ścieżki śmiechu”, więc można pogodzić katolicyzm, którzy przyszedł z Palestyny przez Rzym z praktyką oddechu i śmiechu, która przyszła do nas z Indii. Dla mnie ważne jest by pozostać sobą i nie udawać kogoś innego, nie zamierzam więc dla celów marketingowych ukrywać pochodzenia jogi śmiechu i mojego głębokiego zainteresowania indyjską duchowością. Bardzo się cieszę, że coraz więcej osób przywiązanych do katolickiej religii przychodzi na moje zajęcia, chętnie zainteresowałbym praktyką księży i zakonnice, jeśli chcą zaprosić więcej uśmiechu i radości do swojego życia lub chcieliby spróbować jej wyłącznie dla celów zdrowotnych.  Ale podkreślam: wszystko w duchu spotkania i wzajemnego szacunku.

SONY DSC

Tymczasem, na moje zajęcia zawitała pierwsza nauczycielka hatha jogi, która śmiała się dużo, a potem postanowiła podzielić się swoimi odczuciami i pierwszą opinią co do „jogowatości” mojej praktyki:

Zanim wybrałam się na pierwsze zajęcia z jogi śmiechu z Piotrem, zastanawiałam się na ile słowo „joga” jest adekwatne do tej nietypowej praktyki. Czy będzie to praca ciała, czy może skupienie umysłu? Która z ośmiu ścieżek jogi Patańdżalego dała podstawy do stworzenia tej techniki? Okazało się, że joga śmiechu ma swoje źródło w asanach i pranajamach, tak dobrze znanych nam na zachodzie. Proste ćwiczenia fizyczne i oddechowe, zaczerpnięte z jogi, pozwalają wzmocnić przeponę, dotlenić się i uwolnić energię. W pierwszych minutach ćwiczeń perspektywa wymuszania i kontrolowania śmiechu wydała mi się trudna. Ale wewnętrzna nieufność zniknęła, kiedy przeszliśmy do ćwiczeń, wymagających intensywnej pracy ciała. Połączenie ruchu z dźwiękiem zadziałało otwierająco i oczyszczająco. Po całej sesji czułam, że śmiech rezonuje w moim ciele i regularnie praktykowany, może przynieść realną, mentalną przemianę.

Monika Łazuk, nauczycielka hatha jogi, prowadzi sesje indywidualne i grupowe w Warszawie,

Z śmiecho-wizytą w indyjskiej szkole

SONY DSC

Śmieję się teraz codziennie. Sam i w duecie z moim kolegą Jasonem mieszkającym w Moskwie przez skype przez 20 minut. Poza tym organizuję sesję jak tylko mogę lub spontanicznie proponuję sesję śmiechu, wczoraj w ten sposób poprowadziłem rozgrzewkę .dla tancerzy i tancerek contact improvisation w Warszawie. Po uruchomieniu tego bloga śmiałem się wczoraj z radości naturalnie blisko pół godziny, całą drogę pieszo z Targówka do Dworca Wileńskiego (w Warszawie). Ale dziś będzie o czym innym czyli śmiechu w szkole. Joga śmiechu może być niezwykłą pomocą dla uczniów i nauczycieli, rozładowywać stres, który staje się udziałem obu grup, dawać dodatkowe dawki energii, wspierać humor  w tak bardzo poważnym miejscu. Generalnie, jeśli szkoła wprowadziłaby regularne sesje jogi śmiechu, byłoby łatwiej wytrzymać w ciasnych czterech ścianach klasy zarówno uczniom, jak i nauczycielom.    W zeszły piątek śmiałem się z nauczycielami z gimnazjów i szkół średnich z całej Polski na szkoleniu z zakresu edukacji ekologicznej w Kotlinie Kłodzkiej. Mam dzięki temu pierwsze zaproszenia do szkół w Polsce: do małej miejscowości w okolicy Tomaszowa Mazowieckiego,  Leszna i Krakowa, jeśli wizyty te dojdą do skutku, na pewno chętnie je opiszę. Tymczasem chciałbym opisać moje doświadczenie ze szkołą w Indiach.

To było w okolicy Sirsi w stanie Karnataka czyli południe kraju, teren górzysty, ale niecałe 50 km do plaż Morza Arabskiego. Wokół jest las deszczowy, który niestety był wycinany intensywnie w latach 1950-89, obszar lasu zmniejszył się kilkakrotnie. Lokalna ludność zaczęła protestować, obejmując drzewa w obronnym uścisku i tak narodził się ruch Appiko, jeden z pierwszych ruchów ekologicznych w Indiach. Intensywne protesty w latach 1980-ych sprawiły, że wycinka drzew została wstrzymana, a obrońcy drzew założyli organizację pozarządową i zaczęli pracować nad czymś co można by określić jako lokalny zrównoważony rozwój. Przyjechałem tam obejrzeć, jak udaje się im wspierać społeczności lasów deszczowych poprzez rozwój rękodzieła, uprawy ziół do mieszanek ajurwedyjskich (indyjska sztuka zdrowego życia), rolnictwo ekologiczne, a także organizację spółdzielni i sieci sprzedaży kilkunastu produktów leśnych. Mój przewodnik, koordynator projektu Mahabelshvar woził mnie po wioskach, dzięki czemu mogłem oglądać jak kobiety wyplatają nić z bananowca i potem tworzą maty czy kosze. Mahableshvar, którego imienia nie da się niestety skrócić, bardzo szybko dał się przekonać do jogi śmiechu. W przyszłym roku zamierza przerwać prace społeczną by w całości poświęcić się nauce medytacji, ale jestem spokojny, że nie zapomni o praktyce śmiechu. W każdym razie, bardzo ucieszyłem się, gdy ujrzeliśmy szkołę w jednej z wiosek. Dzieci najpierw uśmiechając się, pozowały mi do zdjęcia, a potem ustawiły się w rzędzie i z dłońmi ułożonymi do modlitwy zaintonowały 3 razy Om i mantrę. Potem zaczęły tańczyć swoje lokalne tańce, część z nich wymagała użycia specjalnych kijków. Potem mój przewodnik przyniósł globus bym pokazał dzieciom Polskę. Pokazując i obserwując ich zainteresowanie małym punktem na globie, zacząłem się śmiać. Dzieci przyłączyły się do mojego śmiechu, w końcu śmieją się 600 razy na dzień, a w Indiach pewnie jeszcze więcej (dorośli tylko średnio ok 15-20). I nagle zaklaskałem i zaczęliśmy „ho,ho, ha, ha”. Tak odbyła się moja pierwsza sesja jogi śmiechu w szkole. Na koniec dzieci były tak zadowolone, że nie chciały mnie wypuścić. Szkoła mieściła się w jednej sali, a w drugiej było przedszkole. Spróbowałem więc w przedszkolu, ale tam trafiłem na poważniejsze towarzystwo, choć trochę poklaskaliśmy i pośmialiśmy się. Później gdy chodziłem od domu do domu podziwiając spokój i radość mieszkańców i pięknie ozdobione święte rośliny tulsi stojące przed każdym domem, wokół biegali moi młodzi znajomi wołając „ho ho ha ha”.

Możecie przeżyć ze mną jeszcze raz te chwile na tych zdjęciach:

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Z przedszkolakami :)

Z przedszkolakami 🙂

fot. Piotr Bielski

Moja osobista historia śmiechu

Image

Jak prawie każde dziecko lubiłem się śmiać, lecz płakałem powyżej średniej krajowej. Przeżywałem głębokąfrustrację, że jako jedyny spośród chłopców w przedszkolu nie miałem swojej „narzeczonej”. Nie chciałem się bawić w najpopularniejszą wówczas grę w policjantów i złodziei, głośno protestowałem, że chcę pokoju i zabijanie się, nawet na niby, jest bez sensu. Przejęta mama zaprowadziła mnie do pani psycholog, która jeszcze nie widziała dziecka z tak bujną wyobraźnią. „Niestety – dodała- cała wyobraźnia Piotrusia jest ukierunkowana na wymyślanie milionów sposobów, w jakie może stać mu się krzywda”. W podstawówce byłem najbardziej szczęśliwy, gdy inni nie zwracali na mnie uwagi, wstydziłem się zacząć rozmawiać z dziewczynkami, a chłopców bałem się, bo mnie bili. Trzymałem się kurczowo jednego przyjaciela, który później „zdradził mnie” na rzecz kolesia, który mi szczególnie dokuczał. Odtąd szukałem tylko schronienia na parapecie w dźwiękach walkmana. Jeszcze w przedszkolu nauczyłem się pisać i czytać, a w pierwszych latach podstawówki pisałem podobno niezłe opowiadania, ale z czasem zwątpiłem w siebie. Byłem samotnikiem, najlepiej czułem się sam z komputerem, lubiłem też rozmawiać z tatą o grach na peceta, muzyce rockowej i piłce nożnej, naszych trzech wspólnych sprawach. Zdarzały mi się miłe chwile, gdy tato zabierał mnie na mecz, ale bardzo dużo pracował i ciągle mi go brakowało. Miałem straszny kompleks bycia grubym i uważałem, że jako grubasa żadna kobieta nigdy mnie nie pokocha.

Przeżyłem dużą przemianę, gdy jako 16-latek zmieniłem liceum. Nagle trafiłem do klasy, która nie zdążyła się dowiedzieć, że jestem gruby i niefajny. Pomogło mi towarzystwo Radka, klasowego zgrywusa, który najpierw żartował ze mnie, a potem przekonał mnie do swojego absurdalnego humoru i razem poprowadziliśmy kabaret na studniówce. Zacząłem się interesować zdrowym życiem, jeździłem codziennie do szkoły na rowerze, zainspirowany przez siostrę przestałem jeść mięso, trafiłem na zajęcia hatha jogi. Ciągle byłem nieśmiały i gdy pewnego razu zdarzyło mi się pocałować koleżankę na wspólnej wycieczce rowerowej, nie zadzwoniłem już więcej do niej, bo nie wiedziałem, jak to się robi, że się nagle staje chłopakiem i dziewczyną. Niemniej, zaczynałem lubić siebie i w ciągu 1,5 roku bez stosowania żadnych środków odchudzających  zrzuciłem ok 35 kilo i uzyskałem obecną wagę, którą bez specjalnego wysiłku zachowuję od 12 lat. Zacząłem uśmiechać się do siebie i cieszyć się swoim towarzystwem i innych ludzi.

Studiowałem dwa kierunki: stosunki międzynarodowe i socjologię. Byłem dosyć poważnym człowiekiem i szybko zaczęły mnie nudzić mocno zakrapiane imprezy w kawalerce kolegi. Ze studiami wiązałem nadzieję, że nauczę się rozwiązywać konflikty i budować pokój. Niestety nacisk kładziono raczej na reprezentowanie „interesu narodowego” i naukę szeroko rozumianego dostosowywania się do świata, którego tak bardzo chciałem zmienić. Na socjologii miałem trochę okazji do przemycania wywrotowych myśli na zajęciach, ale czułem, że nie wystarczy gadanie, gdy tyle zła się dzieje wokół. Organizowałem protesty, happeningi, nie chciałem by polscy żołnierze zabijali i ginęli w Iraku, chciałem powstrzymać szaleństwo konsumpcji rozdając przed nowo-powstającymi supermarketami ulotki o „dniu bez kupowania”. W jakiejś książce trafiłem na myśl Henry’ego Davida Thoreau „nie czytaj Times, czytaj wieczności” i poczułem, że im więcej czytam gazet, słucham radia, oglądam telewizji, tym więcej się denerwuję. Uczyniłem priorytet z tego by poznać i zrozumieć siebie i zaznać pokoju umysłu. Wraz z moją siostrą i kumplem z liceum założyliśmy organizację Białe Gawrony, rozlepialiśmy nalepek w tramwajach z hasłem „sami tworzymy rzeczywistość”, by potem stworzyć Centrum Kultury Żywej, organizować warsztaty, spotkania, świętować. Mieliśmy jasne przekonanie, że zamiast walczyć ze złem, trzeba robić coś dobrego, zapalić tę świeczkę, która rozjaśni ciemność.

W trakcie studiów wyjechałem na roczne stypendium do Hiszpanii i po powrocie trudno mi było odnaleźć się w Polsce, bo tak się przyzwyczaiłem do tego, że ludzie mogą więcej się śmiać i przytulać. Dużo czytałem książek z mądrościami Wschodu, regularnie praktykowałem hatha jogę, jeżdziłem słuchać tybetańskich mnichów. Skończyłem studia, zacząłem prowadzić zajęcia z socjologii na uczelni i pracować w prywatnej szkole jako nauczyciel hiszpańskiego, a także jako „Białe Gawrony” zajmując się pracą na rzecz dzieci i młodzieży z zaniedbanej ulicy Łodzi. Skończyłem kurs pedagogiki cyrku i zdarzało mi się pracować dorywczo jako klaun, ale rozśmieszania na przyjęciach obżartych tortami i zasypanymi prezentami i atrakcjami dzieci z bogatych domów okazało się torturą nie do zniesienia. Po tygodniu spędzonym w Norwegii znałem techniki, które pozwalały mi w każdej chwili zaznać błogości i głębokiego spokoju. Znikły problemy z bezsennością, a ja podjąłem zobowiązanie, którego trzymam się do tej pory, że każdego dnia będę przynajmniej godzinę spędzał w medytacji.

Stałem się spokojniejszym człowiekiem, ale niekoniecznie szczęśliwym. Boleśnie przeżyłem rozstanie z długoletnią partnerką, a mój tato zachorował na raka i musiał przejść bardzo trudny proces kilku operacji mózgu, które doprowadziły do niemal całkowitej utraty sprawności. Zacząłem doświadczać objawów depresji, czując bezsilność mierzenia się z tą sytuacją. W tych chwilach bardzo pomagało mi regularne pisanie o tym, co czuję na blogu „Życie bez lęku”, pozytywne reakcje znajomych sprawiły, że zacząłem poważnie myśleć o zajęciu się literaturą, a smutne wiersze same się pisały.

Czasami w tych trudnych chwilach oglądałem filmy na youtube z udziałem dr Madana Katarii i śmiałem się razem z nim, pomimo wszystko. Jogę śmiechu poznałem dzięki Jackowi Golańskiemu, który wpadł kiedyś z krótkim warsztatem do centrum, które prowadziliśmy w Łodzi. Zdarzyło mi się potem pracując jako animator, łączyć ćwiczenia jogi śmiechu z ćwiczeniami z mojego kursu clowna w Hiszpanii pod hasłem „zabaw ze śmiechem”. Ale gdy zaczęła się choroba taty, czułem się zbyt smutny wewnętrznie by rozśmieszać innych. I w końcu stało się najgorsze: tato umarł tuż przed moimi 30-ymi urodzinami. Po krótkim okresie rozpaczy, zebrałem się i zacząłem czuć nową energię do życia, a tato przychodził do mnie w snach, upewniając mnie, że czuwa. Wybrałem się na wspaniały warsztat „Dotyk Raju” prowadzony przez Dawida i Zosię Rzepeckich, na którym poznałem moją partnerką Anetę i nagle doświadczyłem głębokiej miłości, o której tak marzyłem, a na którą wcześniej wyraźnie nie byłem gotów. Bardzo też pomaga mi uczestnictwo w kręgu bębniących mężczyzn w Warszawie, dzięki czemu czuję, że ja, tak jak każdy mężczyzna, mam w sobie ojca i wraz z kolegami możemy być dla siebie wzajemnym wsparciem. Napędu do życia dodaje mi również regularna praca z oddechem za sprawą praktyki kundalini jogi.

Mam poczucie, że nagle po śmierci taty i spotkaniu Anety, wszystko stało się możliwe. Aneta przypomniała mi o towarzyszącym mi od dawna marzeniu o wyprawie do Indii i w tym roku coś, co wydawało mi się tak piękne, że aż nierealne, stało się w zasięgu ręki. Gdy mieliśmy kupować wspólne bilety, przypomniało mi się, że jak już jadę do Indii, to chcę odwiedzić doktora Katarię i poczułem niesamowitą błogość z gatunku „to jest to!”. Napisałem do niego z propozycją spotkania i wywiadu, a okazało się, że w niedługim czasie odbędzie się kurs nauczycielski jogi śmiechu, na udział w którym doktor przyznał mi zniżkę, bo bardzo zależało mu osobiście aby ta radosna praktyka rozwinęła skrzydła w Polsce. Aneta zgodziła się wrócić wcześniej beze mnie, a ja wśród ptaków, spokojnych krów i kwiatów, przez 5 dni od rana do wieczora w niesamowitej grupie 25 osób z całego świata, praktykowałem głośne i ciche śmiania się z brzucha, pracę nad oddechem i relaksacje. Po skończeniu kursu spędziłem parę dni w światowej siedzibie jogi śmiechu i odwiedziłem kilka hinduskich klubów śmiechu, w których ludzie spotykają się codziennie we wspólnym ha ha ha ha. Po powrocie do Polski wiedziałem, co mam do zrobienia. Chcę aby Polska przestała być czarną plamą na światowej mapie radości, więc w ciągu dwóch tygodni po powrocie poprowadziłem sesje śmiechu w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. Tę ostatnią poprowadziłem wspólnie z Jackiem, z którym śmiałem się przed kilku laty i innym praktykiem jogi śmiechu – Piotrem. Traktuję innych praktyków jogi śmiechu w Polsce jako sojuszników: smutku, narzekactwa i ponurego nastroju jest w naszym kraju tak dużo, że musimy działać wspólnie by to zmienić. Jako certyfikowany nauczyciel jogi śmiechu w szkole dr Katarii mam też uprawnienia by szkolić liderów klubów śmiechu i marzy mi się by w każdym parku w Polsce, każdej szkole, firmie, domu pomocy społecznej czy szpitalu był klub śmiechu. Joga śmiechu może też wzbogacić warsztat trenerów, wykładowców i nauczycieli działając jako świetny „enerdżajzer”, a nauczyciele hatha jogi mogliby kończyć swe sesje ćwiczeniami na śmiech by praktycy nie byli tacy poważni. Uważam, że joga śmiechu jest naprawdę łatwą i przystępną metodą, która pomaga mi poprawić nastrój, a co za tym idzie zdrowie, w każdej chwili. A gdy ja się zmieniam, świat wokół mnie odpowiada na te zmiany. Choć czasem miewam małe dołki, to od skończenia kursu śmieję się codziennie przez minimum 15 minut sam lub z każdym kto chce do mnie dołączyć. Najłatwiej jest śmiać w dużej grupie, gdzie zachowując kontakt wzrokowy, zarażamy się radością. Zaczynamy od klaskania i hi hi ha ha…

foto. Autor z dr Madanem Katarią, twórcą jogi śmiechu

Image